niedziela, 27 października 2013

The Fifth Estate

Wybraliśmy się dziś małą ekipą do kina. Po namowach zgodzili się wszyscy, żebyśmy się wybrali na Piątą Władzę, przez moje wypaczenie zawodowe. W dużym skrócie - nikt nie żałował.

Historia została wyreżyserowana przez Billa Condona, który słynie z dokładnej, dobrej roboty, lecz bez autorskiego zacięcia. Może to właśnie brak tego smaczku, towarzyszącego filmom autorskim, powinien być jego znakiem rozpoznawczym? W każdym razie i w tym przypadku spisał się całkiem nieźle.



Film oparty jest na dwóch książkach gatunku non-fiction, twórcy zarzekają się, że wszystko jest sugestywnym punktem widzenia, nie narzucają interpretacji faktów. A takowym na pewno jest, iż pierwowzór głównej postaci zniechęcał do oglądania tego obrazu.

Główny bohater o wielu imionach (grany przez Benedicta Cumberbatcha) objawia nam się jako genialny niespełniony dziennikarz, który założył firmę zajmującą się upowszechnianiem niedostępnych treści. Buduje pozory wielkiej machiny napędzanej nielegalnymi informacjami, które zagrażają porządkowi tego świata. To już nie zwykła czwarta władza, jak zwykło nazywać się mass media, a piąta - wszechpotężna jednostka rozwalająca od wewnątrz każdy system. Jak się okazuje jest to dokładnie JEDNOSTKA; wiele imion, nazwisk, pseudonimów zlewa się w jedną osobę - Juliana Assnage'a.



W tryby machiny zostaje wkręcony zafascynowany wolnością słowa korporacyjny miłośnik informatyki, Daniel. I dalej już wszystko pokazywane jest jego oczyma. Z czasem okazuje się, że geniusz jest megalomanem z przerostem ego nad treścią. Że anonimowość informatorów jest tylko obietnicą bez pokrycia. Że bezpieczeństwo zainteresowanych jest osadzone w hierarchii niżej niż chęć zrobienia szumu wokół brudnych spraw wielmożnych tego świata.

Sceny w których bohaterowie siedzą przed komputerami i łamią kolejne szyfry, przeplatane są mocną muzyką, nadającą tempa całej akcji. Nutka detektywistycznego thillera, szpiedzy, przeciek informacji z najwyższych półek. Wszystko co najlepsze.



Całość spięta klamrą kompozycyjną, wracamy do punktu wyjścia, chaosu informacyjnego. Wszyscy zastanawiamy się czy lepiej jednak nie wiedzieć nic, czy wiedzieć wszystko.

#piąta #władza #WikiLeaks #Condon


MydlanaAnka

czwartek, 26 września 2013

Insidious: Chapter 2

Kontynuacja horroru z 2010 roku (jak rzadko kontynuacje) podobała mi się bardziej niż część pierwsza. Używane już wcześniej miliony razy chwyty można wyliczać: duchy w lustrach, mgła w zaświatach, otwieranie skrzynek w których nie ma nic dobrego, odkrywanie prześcieradeł. To wszystko już widzieliśmy, wiemy co zaraz będzie. Charakteryzacja złych postaci... widzimy ten przesadzony makijaż Czarnej panny młodej i Złej matki, widzimy coraz bardziej zmęczoną twarz Josha, już wiemy że jednak nie jest wszystko ok. Twarz Josha, będąca twarzą Patricka Wilsona, którą oglądamy we wszystkich ostatnich hitach Wana.  Niby nic dobrego, niby wszystko znamy, ale wciąż wbija w fotel kinowy.



A tak odnośnie twarzy Patricka Wilsona... Nie przeszkadza mi zupełnie, że widziałam go sporo w pierwszej części Naznaczonego, w fantastycznej Obecności, nie przeszkadza mi też w Rozdziale 2. Dlaczego? Jego mimika, gesty, obłęd w oczach... Ach, zachwycam się! Dawno nie widziałam tak dobrej gry aktorskiej w tego typu filmach. Z dbającej o wszystko głowy rodziny przeobraża się w opętane przez demona ciało. Gdybym nie widziała pierwszej części horroru na pewno bym nie domyśliła się od razu o co chodzi.



Pojawiają się też motywy komiczne, czym niestety reżyser wybija nas z poczucia grozy. Mój numer 1: zespół Specs&Tucker. Sceny kiedy Tucker pojawia się jako profesjonalny poszukiwacz złych mocy z kanapką w ręku aż razi w oczy, a scena odrzuconego jednym ciosem Specsa przypomina raczej kreskówki pokroju Tom i Jerry niż horror. Tak samo mieszane uczucia pojawiają się przy okrzyku matki Crane'a czy raczej jej ducha i zamachu ręką (było nie było widmową...) na Reinę. Wspomnienie ducha mordercy zmuszanego do przebierania się za dziewczynkę. Jeżdżący i grający chodzik. Etc.



Dwójka w porównaniu do jedynki jest bardziej sfabularyzowana - przemieszczanie się nie tylko pomiędzy światami, ale w czasie, są nagłe przeskoki przestrzenno-czasowe. Poznajemy historię Josha, o której w pierwszej części tylko napomknięto. Ponadto mamy więcej miejsc akcji niż w typowym horrorze; pojawia się dom Lorraine, opuszczony szpital, dom Crane'ów i oczywiście świat cieni. James Wan zmusza widza do skupienia się na powiązaniach pomiędzy kolejnymi sekwencjami.

Tym razem dzieciaki Lambertów schodzą na drugi plan, Kali i Fostera praktycznie nie dotyka cała historia, dopiero w finale. No i Dalton zmarginesowany do ostatnich scen, kiedy to pomaga ojcu wrócić. Na czoło wysuwa się Lorraine i oczywiście Josh. Mam wrażenie, że na Reinę nie było pomysłu - chodziła przestraszona, odbijała się pomiędzy teściową a mężem. Mimo to, a może dlatego film wciąga - nie skupiamy się na ckliwej opowieści o zmaltretowanej przez opętanego ojca rodzinie, a na sensie całej fabuły.



Osobiście dobre horrory oglądam przesłaniając oczy - boję się co zobaczę, ale ciekawość jest większa. Właśnie w ten sposób oglądałam drugą część Naznaczonego.

#naznaczony #horror #Wan


MydlanaAnka

środa, 25 września 2013

Kultury pełno wszędzie...

...więc materiału do pisania tego bloga nie powinno mi braknąć. Niegdyś studiowałam przez chwilę kulturoznawstwo, na co dzień dziennikarstwo, więc może nawet da się to czytać. Zapraszam gorąco do śledzenia gdzie, kiedy coś widziałam lub słyszałam!


MydlanaAnka